Strony

niedziela, 7 sierpnia 2016

Poduchy

I znów zupełnie nie wiem kiedy minął miesiąc od ostatniego wpisu :) Niemoc związana z szydełkiem minęła i bez przerwy coś dłubię - głównie poduszki. Pewnie dlatego, że dość łatwo coś fajnego wymyślić i dość szybko widać efekt. Co prawda na razie wyprodukowałam same przody - ale mam zamiar zebrać się i zebrać je "do kupy". Popełniłam też moje pierwsze w życiu niemowlęce sweterki - ale są bez guziczków, więc na razie nie pokazuję. Jest też jedna chusta czekająca na moje zmiłowanie - czyli obcięcie nitek i zblokowanie.
Na razie pokażę poduszki, które już chyba przewijały się na blogu, ale właśnie w charakterze samych przodów. Tym razem ukończone. Tył dostały z bawełnianego materiału. Jedna zapinana na potwornie krzywo wszyty suwak (lubię myśleć, że to przez moją kiepską maszynę do szycia, a nie po prostu przez to, że jestem noga w szyciu :)), drugiej udziwniłam plecy, dorabiając taki szydełkowy panel.
O to one:






Ta poducha dłuuugo czekała na dokończenie. Nie jestem pewna czy nie dwa lata








Przymknijcie litościwie oczy na ten krzywy ścieg :)








Poduszka poniżej została wydziergana z resztek włóczek - stąd tyle kolorów kwiatków.





A tu widać tył poduszki "africanflowersowej"




środa, 6 lipca 2016

Jadalnia

Tym razem nie będzie szydełkowo. Tym razem uchylę rąbka poremontowego wyglądu mojego domu.
Jak już wspominałam luty i marzec minął mi pod znakiem totalnego remontu całego mieszkania. Zostało zmienione właściwie wszystko. Jedyne co się ostało w stanie sprzed remontu - to kuchnia. Przyczyna dość prozaiczna: po prostu brak kasy :)

Dziś pokażę jadalnię. Pokazywałam ją już na blogu - bo i przed remontem usiłowałam nadać jej mój, nasz, naszej rodziny styl.
W trakcie remontu była nieco przesuwana jedna ściana jadalniana. Przy tej okazji zabrudzeniu uległa chabrowa ściana i trzeba było ją odmalować. Pozostałam przy palecie blue - ale poszłam w inny odcień.


ściana w trakcie przemalowywania


Zmieniło się również oświetlenie nad stołem.


Lampy w trakcie montowania

gotowe oświetlenie
Nie miałam nic do starej lampy. Szczególnie wieczorem lubiłam jej kojącą czerwień ślicznie kontrastującą z chabrową ścianą.
Niestety, jedna lampa nad ten stół to było za mało - co szczególnie było widać, gdy ten został rozłożony na większą ilość osób. Drugiego klosza w tym kolorze nie zdołałam już kupić - to po pierwsze. A po drugie dwie takie lampy z kolej byłyby za duże, niestety.
Przy wymianie padło na proste, czarne metalowe klosze. Wspomnienie czerwieni nad stołem było silne - bo właściwie o wyborze takich a nie innych lamp zadecydował  czerwony sznur :))

Nowy odcień niebieskiego bardzo mi się podoba - ale podobnie jak poprzednio, ściana wydawała mi się za pusta.Miałam parę koncepcji co tam powiesić i jak to ma wyglądać. W końcu stwierdziłam, że dosyć dumania i przystąpiłam do działania.
Wszystkie ramki miałam już na stanie. Część to stare obrazki, część to ramki odziedziczone po poprzednich właścicielach. Są tu i ręcznie wykonane prace (jedna moja, ta z kotem), jest fragment tapety oraz dwa kawałki tkaniny kupionej za grosze w osiedlowym ciuchlandzie.
Sam wybór co ma zawisnąć, w jakiej konfiguracji nie był łatwy i z dobre dwa dni wszelkiej maści ramki, ramy, rameczki, obrazki i materiały walały się po podłodze, wkurzając niemiłosiernie mojego męża;). W sumie wcale mu się nie dziwię, bo wejście do kuchni było mocno utrudnione przez zastawioną podłogę.
Ale w końcu jest. Ściana już nie jest taka goła :)





A na koniec krótka dokumentacja foto: wszystkie twarze jadalni (włącznie z wersją poprzednich mieszkańców)




Niby tematem tego wpisu jest jadalnia - ale wrzucę też jedno zdjęcie kuchni. Kuchnia została bez zmian od ostatniego pokazywania - ale przy okazji remontu pozbyłam się nawisów z halogenami, które kojarzyły mi się mocno z latami 90.

Tak było. Tu widzę jeszcze wersja z niepomalowanymi fugami - ale głownie chodzi mi o pokazanie tej wiszącej dechy nad głową, która spędzała mi sen z powiek niemalże ;)

I tu wersja bez halogenów. Moim zdaniem kuchnia nabrała lekkości. Kiedyś na pewno ją zmienimy - ale na razie będziemy żyć z taką :)




środa, 22 czerwca 2016

Kocyk - tym razem dla mnie :)


Rozkładając na podłodze kolejny wyszydełkowany kwadrat i stwierdzając, że dalej planowany kocyk wychodzi za mały, zastanwiałam się co u licha mnie podkusiło, żeby bawić się w ten wzór ;)

Wzór został przeze mnie opracowany drogą prób i błędów. Po zszyciu wszystkiego i tak stwierdziłam, że mogłam te kwadraty wydziergać jednak ciut inaczej.
Wymyśliłam sobie african flowers. Ale te jak wiadomo są standardowo wpisane w sześciokąt. A ja chciałam kwadraty. Więc dumałam, dziergałam, prułam, dziergałam kolejny raz podglądając różne zdjęcia w sieci, znów prułam :) Wreszcie chyba za trzecim razem uzyskałam kwadrat, który mnie usatysfakcjonował (po zszyciu wszystkich części doszłam jednak do wniosku, że mogłabym wydziergać je ciut inaczej, bo kwadraty mają lekką tendencję do uwypuklania się).

A potem układałam kolejne elementy na podłodze, krzycząc z lekka na dzieci, żeby mi uważały i mojej misternej układanki nie popsuły



W końcu jednak udało się. Jest. I czeka na wyklucie się użytkowniczki. Mam nadzieję, że użytkowniczka nie zmieni płci, bo na kocyku pojawił się róż :)






Cierpliwości wystarczyło mi na wydzierganie rozmiaru 82x103. Włóczka to Baby Cotton firmy Gazzal (60% bawełna, 40% akryl), szydełko nr 3.

sobota, 11 czerwca 2016

Melduję się :)

Z niejakim zdziwieniem zarejestrowałam ostatnią datę wpisu. To naprawdę był luty??
Głowy nie miałam do szydełka zupełnie. Od lutego do połowy kwietnia trwała u mnie w domu wielka rozpierducha zwana remontem. To był czas życia na pudłach, wśród hałasu, syfu, pyłu, kurzu, z ekipą remontową przez większość dnia. W dodatku ekipą lubiącą disco polo...

Pewnie powinnam zrobić jakieś fotostory w odcinkach - tak jak kiedyś przy remoncie łazienki w starym mieszkaniu. Muszę się zebrać. Inna sprawa, że jedynymi tak do końca wykończonymi pomieszczeniami są w tej chwili łazienki. Reszta pomieszczeń,choć jaśnieje nowością i bielą (jeszcze), kłuje również w oczy brakiem niektórych mebli, pudłami i paroma prowizorkami. Jeszcze sporo wody w Wiśle upłynie zanim wszystko zostanie wykończone tip top.

Potem trwał trudny powrót do rzeczywistości. Sprzątanie, ogarnianie, rozpakowywanie miliona pudeł. Po tym całym maratonie remontowym, wybieraniu kafelków, lamp, kupowaniu umywalek, sedesów, na samą myśl o szydełku robiło mi się słabo. Dłuuugo trwało zanim zebrałam się w sobie i ogarnęłam na tyle, żeby w ogóle zrobić porządki w moich robótkowych bambetlach. Jeszcze dłużej, zanim wzięłam szydełko w dłoń i zaczęłam coś dziergać. Właściwie zmobilizowała mnie jedna pani, dla której miałam stworzyć kilka poduszek. Z panią jednak absolutnie nie znalazłyśmy wspólnego języka, nie byłyśmy w stanie porozumieć się zupełnie. Wycofałam się z tej robótki - ale dzięki zaczęciu czegokolwiek, z powrotem nabrałam chęci do dłubania. Bo to szydełkowanie jest jednak fajne :)

W tej chwili mam rozpoczęte dwie poduszki (właściwie są same przody z pierdyliardem nitek do pochowania). Oraz kocyk dziecięcy. Kocyk - uwaga, uwaga - robię dla siebie :) Albo raczej dla potomaka, co mi siedzi w brzuchu i na razie zapowiada się na dziewczynkę :) To będzie niesamowita odmiana po trzech chłopakach. I niezła rewolucja w naszym życiu :)


Przyszły kocyk:









Przyszłe poduszki :)








poniedziałek, 1 lutego 2016

Małe zmiany

Gdy zakładałam tego bloga parę lat temu, nie wiedziałam jeszcze dokładnie jaki będzie jego profil. Było trochę o dzieciach, przewinęło się parę przepisów kulinarnych, trochę było robótkowo, trochę biżuteryjnie. Jako adres www dałam moją starą ksywkę: Aga-cka. A ponieważ było o wszystkim - dodałam jeszcze słowo różności w nazwie. Później zmieniłam nazwę na trochę abstrakcyjne "ósme smake". Teraz czas na następną zmianę :)

Czemu dziergasie? Bo głównie to się pojawia na moim blogu: moje robótki szydełkowe. No, z małymi przerywnikami wnętrzarskimi (zresztą pewnie za chwilę taki przerywnik się pokaże, bo właśnie zaczęliśmy remont).
Czemu dziergasie, a nie dzierga się? Bo wymyśliłam sobie, że to słowo nie będzie czasownikiem, a rzeczownikiem. Dziergaś. Czyli rzecz, która została wydziergana. W liczbie mnogiej: dziergasie :)

Zapraszam więc do oglądania moich dziergasi :)

Na dobry początek poduszka. Będzie służyć pewnemu przedszkolakowi pierwszoklasiście do siedzenia. Miała być z sową. Pokusiłam się o spróbowanie wrobienia wzoru przy pomocy szydełka tunezyjskiego. Jeszcze nie jest idealnie, jeszcze nie mam wprawy w pilnowaniu kolorowych nitek - ale jak na początek chyba nie wyszło źle?





środa, 6 stycznia 2016

Kicia Kocia nr 2

Zostałam poproszona o wydzierganie kolejnej Kici- Koci. Powstała tak jak poprzednio - bez żadnych zapisków i gotowego wzoru, posiłkując się tylko ilustracjami z książeczki.
Ta wersja Kici mogłaby mieć ciut inaczej przyszyte uszy, trochę bardziej po bokach. Ale dostrzegłam to dopiero po ich przyszyciu, które wykonałam bardzo porządnie.
Mam nadzieję, że pomimo to urodzinowy prezent spodoba się młodej damie, do której Kocia powędrowała :)





środa, 30 grudnia 2015

Chusta i podsumowanie roku 2015

Chusta to przedstawiany już na tym blogu Virus. Powędrowała do mojej mamy w ramach prezentu urodzinowego:




Mam na szydełku dwa następne projekty: Kicię- Kocię nr 2 oraz poduszkę z motywem sowy - ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że prace przedstawię już w nowym roku.
Tak więc chusta jest moją ostatnią tegoroczną robótką.

Jaki był ten rok? Pod względem szydełkowym chwilami nie tak owocny jak bym chciała. Ale to był rok, który obfitował w mnóstwo różnych zdarzeń i wydarzeń - i tych pozytywnych i tych mniej. Było dużo biegania i parę sukcesów na tym polu (ale to podsumuję na biegowym blogu), było pożegnanie się po 1,5 roku od powrotu z pracą, była przeprowadzka, malowanie. Były różne wyjazdy - związane z bieganiem, ale nie tylko. Jednym słowem: działo się!

Oby następny rok był nie gorszy od tego, czego i Wam życzę:

Szczęśliwego Nowego Roku!



czwartek, 10 grudnia 2015

Kicia Kocia

Ha! Najpierw miałam mały kryzys szydełkowy i posty na bloga wrzucałam raz na miesiąc, a teraz tych, którzy jeszcze do mnie zaglądają, zarzucam wpisami co dwa dni :)

Tym razem na tapecie Kicia Kocia. Pewnie część z Was będzie wiedziała o co chodzi. Ja, gdy zostałam poproszona o wydzierganie tej maskotki, musiałam wspomóc się guglem.
Cóż, dzieci mi dorosły i wypadłam z tematu :) A w czasach, gdy synowie mogli być targetem Kici, na topie była Mysia:)

Kicia Kocia w oryginale wygląda tak:



A moja wersja szydełkowa tak:






Nie jest to kicia idealna. Muszę popracować nad mniej widocznym gubieniem oczek.  Chyba ciut za małe wyszły oczy (ale to była chyba trzecia ich wersja: zrobić na szydełku oczy, które by były i odpowiedniej wielkości i dobrze wyglądały, przy wcale nie takiej dużej robótce - wcale nie jest łatwo). Kicia w oryginale ma jaśniejsze oczy - ale to był najjaśniejszy kordonek jaki znalazłam w okolicznych pasmanteriach.
Generalnie: pierwsze koty za płoty :) A nawet pierwsze Kicie za płoty.
Mam nadzieję, że mimo pewnych niedociągnięć, mały amator książeczek o kocie będzie zadowolony:)

wtorek, 8 grudnia 2015

Sowa

Jakiś czas temu zostałam poproszona o wydzierganie na prezent bożonarodzeniowy sowy. A ponieważ święta tuż, tuż - trzeba było zabrać się do roboty :)
Sowę dziergałam bez żadnego wzoru, totalnie z głowy. Korpus robiony półsłupkami nawijanymi Czyli banał. Dziób zrobiłam szydełkiem tunezzyjskimą, tak samo jak czarne łatki na uszach.
Bardziej interesujące są skrzydła. Ten ścieg znałam do tej pory teoretycznie. Uznałam, że do skrzydeł nadaje się idealnie. Czas więc było przejść z teorii do praktyki i opanować ścieg krokodylowy (crocodile stitch) - bo o nim tu mowa.
Całość wygląda tak:





poniedziałek, 30 listopada 2015

12 czapek w jeden rok - podsumowanie

Eh, podsumowanie powinnam zrobić w październiku - bo wtedy właśnie wszystkie uczestniczki akcji "12 czapek w jeden rok" pokazywały swoją ostatnią pracę. A u mnie podsumowanie- cóż - idzie tak samo jak wydzierganie tych dwunastu czap ;)

Generalnie akcji nie dokończyłam. Z dwunastu czapek powstało  niewiele więcej niż połowa. Siedem, dokładnie. Trochę na to złożyły się wszelkie zawirowania związane z przeprowadzką, trochę biegowy sezon startowy, który w tym roku był dla mnie bardzo intensywny. Trochę dołożyły cieplejsze miesiące, które jakoś nie sprzyjały dzierganiu czapek.
Będę jednak w porządku na koniec. Przedstawiam ostatnią, październikową czapkę.



Minionkowych czapek powstało w sumie trzy sztuki - dla każdego syna po jednej. Na zdjęciu czapa dziecka nr 2.

I na koniec - wszystkie czapki, które zdołałam zrobić:


czwartek, 5 listopada 2015

Virus

Właściwie powinnam zrobić podsumowanie akcji 12 czapek w jeden rok. Akcji, której nie udało mi się zakończyć sukcesem, bo nie zrobiłam dwunastu nakryć głowy. Przygotowania do Biegu Rzeźnika, przeprowadzka, malowanie, skutecznie wybiły mnie z szydełkowego rytmu, włóczki i szydełka zniknęły w jednym z wielu pudeł.
Podsumowanie akcji czapkowej zrobię następnym razem,  muszę jeszcze zdybać moje dzieci w świetle dnia, żeby ładnie zaprezentowały swoje minionkowe czapy, które jak najbardziej łapią się na ostatnią w cyklu, październikową odsłonę.

A na razie pokażę chustę, o wdzięczniej nazwie Virus. Wzór jest bardzo łatwy, chusta szybko się robi i rzeczywiście, jak prawdziwy wirus, wciąga, żeby zrobić jeszcze jedną i jeszcze jedną :)






Robiłam ją z resztek Cotton Gold i Jeans - czyli mieszanki bawełny i akrylu

środa, 7 października 2015

Co robiłam, gdy mnie nie było

Minęło 3 miesiące od mojego ostatniego wpisu. Sporo się u mnie działo przez ten czas i chwilowo musiałam szydełko zawiesić na kołku, a raczej - schować do pudła. I to nie jednego :) Jednym słowem na tapecie była przeprowadzka, która dość dokładnie wypełniła czas całej naszej rodzinie.
Wprowadziliśmy się do mieszkania używanego i zanim uzbieramy fundusze na jakiś większy remont, trzeba było jakoś te "buty" dopasować do naszych "stóp". Mówiąc wprost, oswoić przestrzeń i trochę dopasować ją pod nasz gust.
Wszystkie ściany - niektóre były po prostu brudne, niektóre w dość egoztycznych kolorach, zostały pomalowane na biało. Białe ściany - to białe ściany - nie ma co pokazywać. Pokażę Wam dwie rzeczy, z których jestem szczególnie dumna. Kuchnię i jadalnię.
Kuchnia trąciła lekko myszką. Zaaranżowana została w latach 90 i to było widać.
Był w niej (dalej jest) w niej okap z halogenikami idący wzdłuż wszystkich szafek (mam w planach jego likwidację, nie podoba mi się i tak robiłam zdjęcia, żeby go nie było widać :). Były uchwyty w drzwiczkach, które wywoływały u mnie ból zębów i były kafelki z brązową fugą.




Na pierwszy ogień poszły uchwyty. Wyszłam z IKEI z naręczem nowych i po paru godzinach pracy (trzeba ich było zmieć 36 sztuk!) widać było efekt:



Było lepiej - ale dalej gryzły mnie w oczy kafelki - brązowe kwadraciki i kolor fugi. Łaziłam i dumałam - czy malować całe kafle, czy dać sobie spokój.
W końcu duże zostawiłam w spokoju - podobał mi się ich połysk. Zabrałam się za liftingowanie małych dekorów i fug.

Szykowanie do malowania



Ujednolicenie koloru kafli uspokoiło trochę kuchnię, ale dalej nie grała mi fuga. Postanowiłam też ją machnąć na biało i w markecie budowlanym zaopatrzyłam się w renowator do fug.
Niestety - a może stety- pomyliłam się i w domu okazało się, że zamiast koloru białego wzięłam jasnoszary.
Chwilę podumałam i uznałam, że szary też nie jest zły.
I zaczęłam zabawę. Dłubaniny było co niemiara. Renowator nakładałam pędzelkiem, musiałam pilnować, żeby nie zabrudzić za bardzo kafelków. To co się pobrudziło, od razu starałam się usuwać. Uh, dużo roboty było - ale efekt był zadowalający :)

Tu widać stary i nowy kolor fugi


Jeszcze jeden element kuchennej zabudowy totalnie mi nie pasował: listwa. Plastikowa, obrzydliwa listwa, wielkości takiej, że był moment, że podejrzewałam ją o bycie listwą przypodłogową.
Najchętniej bym się jej pozbyła - niestety linia kafelków kończyła się nad blatem a pomiędzy blatem a ścianą była zostawiona przerwa o wielkości Rowu Mariańskiego. Nie znalazłam nowej listwy, która byłaby tak duża i jeszcze w białym kolorze - złapałam więc za pędzel :)


Kolor listwy musiał ulec zmianie 



A oto efekt końcowy.  Kuchnia pewnie kiedyś tam pójdzie do zmiany, ale jest na końcu naszej listy "to do". Szafki są pojemne, drzwiczki z drewna dębowego. Po liftingu nie wygląda tragicznie.








Drugą rzecz, która moim zdaniem mi wyszła to jadalnia.
Jadalnia była biała, odświeżona została przeze mnie również na biało. Po przywiezieniu z naszego starego mieszkania stołu z krzesłami, jakoś mi jednak było za pusto i za biało. Nie mówiąc już o gołej żarówie wiszącej z sufitu.

Tu na zdjęciu załapał się fragment znienawidzonego przeze mnie okapiku z halogenami. 

Na pierwszy ogień poszła ściana. W sumie wybór koloru był dość prosty i poszłam w moje ulubione niebieskości:) Lampa nad stołem - to lampa, która w starym mieszkaniu wisiała w pokoju młodszych synów. Została powieszona tymczasowo, na chwilkę, zanim wybierze się dość docelowego. Po powieszeniu okazało się, że jej kolor tak ładnie komponuje się z chabrem ściany, że chyba tu zostanie :) Zastanawiam się czy nie dokupić takiej drugiej - bo stół jest spory. Po rozłożeniu go jedna lampa to trochę za mało na oświetlenie całej powierzchni blatu.






Włóczki już zaczęłam wyciągać z pudeł, Nawet mam zaczętą nową robótkę - więc pewnie z jakiś czas pokaże się nowy wpis z chustą w roli głównej

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...